Od dawna zastanawia mnie, dlaczego, otaczając się każdego dnia tysiącami kolorów, podświadomie przed nimi uciekamy, sprowadzając wszystko do czerni i bieli.
Tylko po co? Bo pomaga nam oswoić rzeczywistość, uporządkować ją i zdefiniować?
Dlaczego tak bardzo potrzebujemy nadać wszystkiemu nazwę, etykietę? Jakby dopiero nazwanie czegoś dawało temu prawo do istnienia, choć przecież nikt nie wymazał ze słownika słowa „bezimienny”.
Najlepiej widać to w relacjach między ludźmi. Koniecznie muszą być przyjaźnią, małżeństwem, romansem, konkubinatem albo partnerstwem. Jakby nie wolno było po prostu być. Żyć. Spotykać się. Rozmawiać. Być dla siebie ważnymi, nie przypinając temu nazwy. Ale czy każda więź z drugim człowiekiem potrzebuje etykiety, żeby była prawdziwa?
W końcu to, kim jesteśmy, co robimy i z kim budujemy więzi, rzadko mieści się w jednej, prostej definicji. Bo człowiek i jego natura nie są prości. A skoro natura mieni się tysiącami barw, może człowieka również warto dostrzegać w jego odcieniach?
