Ludzie-wredziole i gołębie istnieją od zarania dziejów. Choć pozornie mogłoby się wydawać, że nic ich nie łączy, w rzeczywistości mają jedną wspólną cechę... sranie. Na łeb, na szyję, na ubranie i dobre samopoczucie, które z czasem zaczyna przesiąkać cuchnącym odorem stęchlizny i gnijących resztek organicznych.
Początkowo jesteś zdezorientowana. Przecież niczym ich nie przyciągasz. Nie masz gniazda na głowie, pokarmu w kieszeniach ani tabliczki z napisem: „Tu srać”. A jednak... pojawiają się, jakby posiadały jakiś wewnętrzny radar wykrywający ludzi spokojnych, uprzejmych albo zwyczajnie zajętych własnym życiem. Próbujesz zrozumieć, nie oceniać, ale kiedy po raz kolejny sklinasz nad niedopraną plamą na ubraniu, dociera do ciebie pewna gorzka prawda: gołębie przynajmniej nie udają, że zrobiły to przypadkiem i nie próbują wmówić, że powinnaś być wdzięczna za ten cenny nawóz.
I może właśnie tu tkwi rozwiązanie? Nie przekonywać gołębia, żeby przestał być gołębiem, tylko: albo zdążyć zejść mu z linii strzału albo...kulturalnie rozłożyć parasol — z granic, dystansu i odrobiny zdrowego egoizmu.
