Nie wiem, czy duchy istnieją naprawdę. To znaczy, mam na myśli te prawdziwe – nie z ciała i kości. Ale gdyby istniały – czego nie wykluczam – byłyby przeze mnie bardziej akceptowane i zrozumiałe niż te żyjące. Wiem, jak to brzmi – żyjące duchy? Czyli kto? Coś mi się pomerdało?
Absolutnie nie.
Istnieją, żyją pełnią życia i znikają równie szybko, jak się pojawiły...
Na początku wykazują zainteresowanie. Piszą, pytają, opowiadają o sobie. Wzbudzają zaufanie i wpuszczają cię do swojego życia – przynajmniej pozornie. Myślisz, że znalazłaś bratnią duszę. Odkrywasz się coraz bardziej, przecież on (ona) także. Jest naprawdę fajnie. Przyjaźń, może miłość?
Snujesz plany, nie zawsze realne, ale bierzesz pod uwagę, że mogą się urzeczywistnić.
Może to przeznaczenie, a może przypadek, ale jakże wyjątkowy?
Aż pewnego dnia... zauważasz, że od kilku dni wiadomości jest mniej. Próbujesz (może bardziej wmawiasz sobie), że ten ktoś ma jakieś ważne sprawy, może problemy: w pracy, w życiu osobistym... A może zachorował?
Im więcej próbujesz znaleźć wyjaśnień, tym osoba po drugiej stronie sieci jest mniej dostępna. Jakby... nagle straciła zainteresowanie? Zadręczasz się wyrzutami: powiedziałam (powiedziałem) coś nie tak? Co się stało!?
I któregoś dnia... a potem kolejnego i kolejnego znika nasz sieciowy „przyjaciel”, „potencjalna miłość” znika. Jakby nigdy nie istniała?
A może istniała... tylko... my dopisaliśmy jej ludzkie cechy?
